Nadszedł TEN moment, który zapiszę się w kartach historii (choćby tylko mojej..). Otóż, przed twym błyszczącym okiem znajduję się właśnie mój pierwszy post!

To tak tytułem wstępu. Będę pisać o ruchu i przyjemnościach, ponieważ to wychodzi mi najlepiej. Poza jedzeniem batatów i głaskaniem kotów. Co do jedzenia, myślę, że takie posty też się znajdą. Zresztą nie byłabym sobą, gdybym nie „skręciła” w poboczną dróżkę.

Zależy, mi na tym, aby z ruchu płynęła przyjemność. Czysta niczym woda źródlana ;)

Jak to się zaczęło.

W 1902 r. mój pradziadek ze strony matki posiadał 300 hektarów ziemi.. nie to nie tak.

Zaczęło się od tańca, a dokładniej (bez zaskoczenia) domu kultury. Tańczyłam dość długo, dopóki nie wyjechałam na obóz taneczny, gdzie to Panie prowadzące postanowiły się ze mnie po naśmiewać. Przynajmniej ja to tak widziałam. Prawda była taka, że podobało im się to jak tańczę i po prostu się uśmiechały. Ja stwierdziłam inaczej. Później miałam tańczyć solo, ale analizując głęboko sytuację z obozu (w analizie jestem lepsza niż Google Analytics) powiedziałam, że moja stopa więcej nie postanie na sali tanecznej. Oczywiście, tak nie było. Po długiej drodze poszukiwań- kim to ja nie miałam być: perkusistką, malarką, aktorką, albo profesjonalną „pożeraczką” bagietek w Paryżu.

No, ale los jaki jest każdy widzi nie zostałam nikim z powyższych, nie zostałam również, aktorką niemych filmów (ale oczywiście nic straconego).

Cytując mistrza: „If you can dream it you can do it”.

Zostałam choreografką.

 

 

 

 

 

Przez to, że tak dzień w dzień patrzysz w lustro, albo na swoje ładne koleżanki (co druga ma dłuższe nogi) zapisałam się na siłownie. Miałam taki moment, że byłam od niej uzależniona. Potrafiłam iść na nią na 2-3h, a potem jeszcze na próbę i tak dzień w dzień. Niezbyt mądrze.

Przez przypadek trafiłam na Pilates i to był to było TO!

Jeden trening zapamiętam na całe, życie bo to wtedy powstał pomysł założenia swojego studio. Zapisałam, się na kurs plus minus parę lat i innych szkoleń później powstało Ginger Up Studio.

W mojej głowie.

Zaczęło się: JAK? GDZIE? NA KTÓRY BANK ZROBIĆ NAPAD W PIERWSZEJ KOLEJNOŚCI? I tak dalej..

Jeśli chcecie posłuchać, jak to było dokładnie i w jaki sposób (największy, chociaż tutaj jestem największa) introwertyk w Polsce, stworzył studio treningowe musicie przyjść na herbatę ;)

To oczywiście, nie było takie bardzo proste. Duży wkład pracy, cierpliwość i pomoc rodziny.  Szukanie lokalu, który będzie się różnił od typowego klubu fitness. Gdzie będzie można przyjść w powyciąganym dresie i nikt nic źle nie na ciebie powie i krzywo nie spojrzy.

Ale!

Udało się! Mam swoje studio!

Prowadzenie studio jest trudne, ale straszliwie PRZYJEMNE!

Dzięki ludziom, którzy do mnie trafiają, ich energii i uzyskanych efektów.

Co najważniejsze, dostaję wiadomości nie o tym,że schudłam tyle i tyle (to jest zawsze efekt uboczny), ale o tym,że lepiej się ze sobą czują, są silniejsze*, zdrowsze i zadowolone,że w końcu robią coś dla tylko dla siebie.

Także, zapraszam Cię do świata Ginger Up Studio.

Poczuj przyjemność.

Karolina

 

 

 

*piszę, w rodzaju żeńskim, ponieważ 90% osób, które do mnie przychodzą to kobiety, ale jeśli nią nie jesteś nie znaczy, że masz zakaz wstępu do Ginger Up Studio.